Читать на Русском
Jan Piotrowicz Załobnikow zbladł, przytłumił płomień lampy i rozpoczął wzruszonym głosem:
-Ciemna, nieprzejrzana mgła wisiała nad ziemią, gdy w noc wigilijną r. 1883-go powracałem do domu od nieżyjącego obecnie przyjaciela, u którego zasiedzieliśmy się wówczas wszyscy na seansie spirytystycznym. Zaułki, którymi przechodziłem, były z jakiegoś powodu nieoświetlone i szedłem prawie po omacku. Mieszkałem wówczas w Moskwie, kolo Uśpenja-na-Mogilkach, w domu urzędnika Miertwiecowa, a więc w jednej z najdłuższych okolic Arbatu. Myśli me, gdy tak szedłem, były ciężkie, przytłaczające...
-"Życie twe zbliża się ku końcowi... żałuj za grzechy..."
"Tak brzmiały słowa, powiedziane mi na seansie przez Spinozę, którego ducha udało nam się wywołać. Prosiłem o powtórzenie,a spodeczek nie tylko powtórzył, lecz dodał jeszcze: "Dziś w nocy". Nie wierzę w spirytyzm, lecz myśl o śmierci, nawet wzmianka, o niej działa na mnie przygnębiająco. Śmierć, proszę państwa, jest nieunikniona, jest to rzecz zwykła, niemniej jednak myśl o niej sprzeciwia się naturze człowieka... Teraz zaś, gdy otaczał mnie nieprzenikniony zimny mrok i przed oczyma tańczyły jak szalone, krople deszczu, a nad głową jęczał żałośnie wicher, gdy wokół siebie nie widziałem żywej duszy, nie słyszałem głosu ludzkiego - serce me przepełniał nieokreślony i niewytłumaczony lęk. Ja, człowiek wolny od przesądów, biegłem naprzód, bojąc się obejrzeć za siebie, zerknąć w bok. Zdawało mi się, że, jeśli się obejrzę, to zobaczę z pewnością widmo śmierci.
Żałobnikow westchnął gwałtowne, napił się wody i opowiadał dalej:
-Ów nieokreślony, lecz zrozumiały dla was lęk nie opuścił mnie i wówczas, gdy, wdrapawszy się na czwarte piętro domu Mierłwiecowa, otworzyłem drzwi i wszedłem do swojego pokoju. W mym skromnym mieszkanku było ciemno. W piecu popłakiwał wiatr i jakby prosząc o wpuszczenie go do ciepłego pokoju postukiwał
w drzwiczki.
"Jeśli wierzyć Spinozie, - uśmiechnąłem się - to przy dźwiękach tego płaczu dziś w nocy jeszcze umrę... Brrr... nieprzyjemnie!"
"Zapaliłem zapałkę... Wściekły wicher zerwał się w złowrogie wycie. Gdzieś w dole zastukała na wpół oderwana okiennica, a drzwiczki w piecyku zaskrzypiały żałośnie, jakby wzywając pomocy...
"Źle jest bezdomnym w taką noc - pomyślałem.
"Lecz nie czas było na oddawanie się podobnym rozmyślaniom. Gdy siarka na zapałce zapłonęła sinym płomykiem i gdy obrzuciłem wzorkiem pokój, ujrzałem nagle coś nieoczekiwanego i okropnego... Jaka szkoda, że pęd wiatru nie sięgnął mej zapałki! Wówczas nic bym może nie ujrzał i włosy nie zjeżyłyby mi się na głowie. Krzyknąłem, cofnąłem się krok wstecz i pełen przerażenia, rozpaczy i zdumienia zamknąłem oczy...
"Pośrodku pokoju stała trumna.
"Siny płomyczek nie świecił długo, lecz zdążyłem rozpoznać kształty trumny... Widziałem różową, migocącą iskierkami glazurę, widziałem złoty krzyż na wieku. Zdarzają się, proszę państwa, rzeczy, które wrzynają się nam w pamięć głęboko, mimo że widzieliśmy je zaledwie przez chwilę. Tak było z ową trumną. Widziałem ją tylko przez sekundę, lecz pamiętam wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Była to trumna dla człowieka średniego wzrostu, sądząc z barwy różowej, dla młodej dziewczyny. Kosztowne obicie, nóżki, rączki z brązu - wszystko przemawiało za tym, że nieboszczyk był bogaty.
"Wybiegłem na oślep ze swego pokoju i, nie rozumując, nie myśląc, gnany jedynie przez niewypowiedziany strach, puściłem się pędem po schodach. W korytarzu i na schodach było ciemno, nogi plątały mi się w połach futra i zdumiewające jest, że nie spadłem i nie skręciłem karku. Znalazłszy się na ulicy, oparłem się o mokry słup latarni i zacząłem uspokajać sam siebie. Serce waliło mi straszliwie, oddychałem z trudnością...
Jedna ze słuchaczek rozjaśniła płomień lampy, przysunęła się bliżej do opowiadającego, a ten mówił dalej:
- Nie zdziwiłbym się, gdybym zastał w pokoju pożar, złodzieja, psa wściekłego... Nie zdziwiłbym się, gdyby zawalił się sufit, zarwała podłoga, przewróciły ściany... Wszystko to jest naturalne i zrozumiałe. Lecz jak mogła znaleźć się w tym pokoju
trumna? Skąd się wzięła? Kosztowna, panieńska, zrobiona widocznie dla młodej arystokratki - jak mogła się znaleźć w ubogim pokoju drobnego urzędnika? Czy jest pusta, czy tez leży w niej trup? Kim jest ona, ta przedwcześnie zgasła bogaczka,
która złożyła mi tak dziwną i straszną wizytę? Męcząca tajemnica!
"Jeśli to nie cud, to zbrodnia" - zaświtało mi w głowie.
"Gubiłem się w domysłach. Drzwi w czasie mej nieobecności były zamknięnty i miejsce, w którym znajdował się klucz, znane było jedynie najbliższym przyjaciołom. Ale przecież nie przyjaciele wstawili mnie tę trumnę. Można było również przypuścić, że przyniesiono mi ją przez omyłkę. Tragarze mogli się nie zorientować, omylić o piętro lub drzwi i wnieśli trumnę nie tam, dokąd należało. Lecz któż nie wie, że tragarze nasi nie wyjdą z pokoju, póki im się nie zapłaci za robotę, lub nie da przynajmniej na piwka?
"Duchy przepowiedziały mi śmierć,- myślałem, - Czyżby to one postarały się zaopatrzyć mnie w dodatku w trumnę?"
"Moi państwo, nie wierzę i nie wierzyłem w spirytyzm, lecz taki zbieg okoliczności może wtrącić w nastrój mistyczny nawet filozofa.
"Wszystko to głupstwo i jestem tchórzliwy jak uczniak, - zdecydowałem. - To było po prostu złudzenie optyczne i nic więcej! Gdym wracał do domu, byłem tak ponuro nastrojony, iż nic dziwnego, że moje chore nerwy zobaczyły trumnę... Oczywiście,
złudzenie optyczne! Cóż może być innego?"
"Deszcz smagał mnie po twarzy, a wiatr targał ze złością poły palta, czapkę... Zziębłem i przemokłem okropnie. Trzeba było iść, lecz...dokąd? Powrócić do domu - znaczyło narazić się na ryzyko ujrzenia jeszcze raz trumny, a widok ten był ponad
moje siły. Gdybym, nie widząc wokół siebie żywej duszy, nie słysząc głosu ludzkiego, pozostał sam na sam z trumną, w której leżało może martwe ciało - mógłbym zwariować! Pozostawać zaś na ulicy na zimnie i pod ulewnym deszczem, było niemożliwe.
"Postanowiłem udać się na nocleg do przyjaciela mego, Pokojnikowa, który, jak wam wiadomo, zastrzelił się później. Mieszkał on w pokojach umeblowanych kupca Skeletowa, na ulicy Martwej.
Żalobnikow wytarł zimny pot, który wystąpił na pobladłej twarzy, i, westchnąwszy głęboko, ciągnął dalej:
- Przyjaciela mego nie zastałem w domu. Gdy po kilkakrotnym stukaniu przekonałem się, że go nie ma, namacałem pod słomianką klucz, otworzyłem drzwi i wszedłem do pokoju. Ogarnęło mnie ciepło. Zrzuciłem na podłogę mokre futro i namacawszy w ciemnościach kanapę siadłem, by odpocząć. Było ciemno... W wentylatorze okiennym jęczał żałośnie wiatr. Świerszcz jednostajnie wyśpiewał w piecu swą monotonną pieśń. Na Kremlu zadzwoniono na pasterkę. Zapaliłem pośpiesznie zapałkę.Światło nie wybawiło mnie jednak od ponurego nastroju, lecz
przeciwnie - okropny, niewypowiedziany strach ogarnął mnie znowu... Krzyknąłem, zachwiałem się i jak nieprzytomny wybiegłem z pokoju...
"W pokoju przyjaciela zobaczyłem to samo, co widziałem u siebie - trumnę!
"Trumna przyjaciela była w dwa razy większa od mojej, a brązowe obicie nadawało jej jakiś dziwnie ponury wygląd. Skąd się tu wzięła? Nie sposób już było wątpić, że to halucynacja. Dokądkolwiek bym teraz poszedł, ujrzałbym przed sobą ową straszną siedzibę śmierci. A więc traciłem zmysły, zaczynałem chorować na coś w rodzaju "trumnomanii", a przyczyny choroby nie trzeba było długo szukać: wystarczyło przypomnieć sobie seans spirytystyczny i słowa Spinozy...
"Wariuję! - pomyślałem z przerażeniem, chwytając się za głowę. - Boże! Co teraz robić?"
"Głowa mi pękała, nogi uginały się. Deszcz lał jak z cebra, wiatr przejmował na wskroś, a ja nie miałem na sobie ani palta, ani czapki. Wrócić po nie do pokoju było ponad moje siły...Strach ściskał mnie mocno w swych zimnych objęciach. Włosy jeżyły mi się na głowie, na twarzy perlił się zimny pot, chociaż wierzyłem, że to była tylko halucynacja.
-Cóż było robić? - opowiadał dalej Załobnikow.- Traciłem zmysły i narażałem się na straszliwe przeziębienie. Przypominałem sobie na szczęście, że niedaleko od ulicy Martwej mieszka mój dobry przyjaciel, doktor Mogiłow, który dopiero niedawno ukończył studia. Był on tej nocy wraz ze mną na seansie spirytystycznym. Udałem się pośpiesznie do niego...Wówczas nie był jeszcze żonaty z bogatą mieszkanką i mieszkał na czwartym piętrze w domy radcy stanu, Kładbiszzczewa.
"U Mogiłowa nerwom moim sądzone było przetrwać nową próbę. Wdrapując się na czwarte piętro, usłyszałem okropny hałas. Na górze biegał ktoś, tupiąc głośno nogami i trzaskając drzwiami.
-"Na pomoc! - usłyszałem krzyk, rozdzierający serce - N pomoc! Stróż!
"I po chwili, jak wicher, zbiega ku mnie po schodach ciemna postać w futrze i w zgniecionym cylindrze...
-"Mogiłow! - krzyknąłem, poznając swego przyjaciela.- Czy to wy? Co wam się stało?
"Zrównawszy się ze mną, Mogiłow zatrzymał się i schwycił mnie kurczowo za rękę. Był blady, oddychał ciężko i drżał. Oczy biegały niespokojnie, pierś falowała...
-"Czy to wy jesteście, Żałobnikow? - zapytał głuchym głosem. - Czy to wy rzeczywiście? Jesteście bladzi, jak trup, który powstał z grobu... A może jesteście halucynacja?...Boże... Wyglądacie strasznie...
-"Ale, co wam się stało? Zmieniliście na twarzy!
Och drodzy, pozwólcie mi przyjść do siebie... Cieszę się, że was widzę, jeśli to rzeczywiście wy, a nie złudzenie optyczne.Przeklęty seans spirytystyczny... Tak mi rozstroił nerwy, że, wyobraźcie sobie, powróciwszy w tej chwili do domu, ujrzałem
w swoim pokoju...trumnę!
"Nie wierzyłem własnym uszom i poprosiłem go, by powtórzył.
-"Trumnę, prawdziwą trumnę! - powiedział doktór opadając ze znużenia na schody. - Nie jestem tchórzem, ale i sam diabeł przestraszyłby się, gdyby po seansie spirytystycznym natchnął się w ciemnościach na trumnę!
"Plącząc się i jąkając, opowiedziałem doktorowi o trumnach które widziałem...
"Przez chwilę patrzyliśmy jeden na drugiego wielkimi oczyma z otwartymi ze zdziwienia ustami. Później zaś, aby się przekonać, że to nie halucynacja, zaczęliśmy się nawzajem szczypać.
-"Boli nas, - powiedział doktór,-więc nie śpimy i widzimy się nawzajem nie we śnie. A wiec trumny, moja i obie wasze, - to nie złudzenie optyczne, lecz coś istniejącego. Co teraz robić?
"Gdybyśmy tak przestali bitą godzinę na zimnych schodach, gubiąc się w domysłach i przypuszczeniach, zziębnięci okrutnie, postanowiliśmy wreszcie odrzucić małoduszny strach, obudzić numerowego i iść wraz z nim do pokoju doktora. Tak też zrobiliśmy. Wszedłszy do pokoju, zapaliliśmy świecę i ujrzeliśmy
rzeczywiście trumnę, obitą białym brokatem, ze złotymi frędzlami.
Numerowy przeżegnał pobożnie.
-"Możemy się teraz przekonać, - powiedział doktór blady,drżąc na całym ciele,- czy trumna jest pusta, czy też...ktoś w niej leży?
"Po długim, zrozumiałym wahaniu, doktór pochylił się i, zaciskając zęby ze strachu i naprężenia, zerwał z trumny wieko.Zajrzeliśmy do trumny i ...
"Trumna była pusta...
"Nieboszczyka nie było, znaleźliśmy w niej za to list do Mogiłowa, treści następującej:
"Drogi przyjacielu! Wiesz, że interesy mego teścia są w rozpaczliwym stanie.Wlazł w długi po uszy. Jutro lub pojutrze przyjdzie komornik aby opisać jego majątek i to zgubi ostatecznie rodzinę jego i moją, rzuci plamę na nasz honor, który mi jest droższy nad wszystko. Na wczorajszej naradzie familijnej zdecydowaliśmy
poukrywać wszystko, co jest cenne i drogie. Ponieważ cały majątek mojego teścia zawarty jest w trumnach (ma on, jak ci wiadomo, pracownię trumien, najlepsza w całym mieście), postanowiliśmy ukryć najcenniejsze trumny. Zwracam się do ciebie,
jak do przyjaciela, pomóż mi, uratuj nasz majątek i nasz honor. W nadziei, że pomożesz nam do ukrycia majątku, posyłam ci, mój drogi, jedną trumnę, którą, proszę cię schowaj u siebie i zatrzymaj aż do chwili, w której ją odbiorę. Bez pomocy znajomych i przyjaciół zginiemy. Mam nadzieję, że mi nie odmówisz,
tym bardziej, że trumna postoi u ciebie nie więcej, niż tydzień. Wszystkim, których uważam za naszych prawdziwych przyjaciół,posłałem po jednej trumnie i pokładam nadzieję w ich wspaniałomyślności i szlachetności. Kochający Cię Jan Szczekow".
........................................................................................................................................
"Po tej historii leczyłem się przez trzy miesiące na rozstrój nerwowy, nasz przyjaciel zaś, zięć trumniarza, uratował swój honor i majątek. Teraz ma już biuro pogrzebowe i handluje pomnikami i płytami grobowymi. Interesy jego idą nieświetnie i co wieczór, wracając do domu, boję się stale, że ujrzę obok swego łóżka biały pomnik marmurowy lub katafalk.
Jan Piotrowicz Załobnikow zbladł, przytłumił płomień lampy i rozpoczął wzruszonym głosem:
-Ciemna, nieprzejrzana mgła wisiała nad ziemią, gdy w noc wigilijną r. 1883-go powracałem do domu od nieżyjącego obecnie przyjaciela, u którego zasiedzieliśmy się wówczas wszyscy na seansie spirytystycznym. Zaułki, którymi przechodziłem, były z jakiegoś powodu nieoświetlone i szedłem prawie po omacku. Mieszkałem wówczas w Moskwie, kolo Uśpenja-na-Mogilkach, w domu urzędnika Miertwiecowa, a więc w jednej z najdłuższych okolic Arbatu. Myśli me, gdy tak szedłem, były ciężkie, przytłaczające...
-"Życie twe zbliża się ku końcowi... żałuj za grzechy..."
"Tak brzmiały słowa, powiedziane mi na seansie przez Spinozę, którego ducha udało nam się wywołać. Prosiłem o powtórzenie,a spodeczek nie tylko powtórzył, lecz dodał jeszcze: "Dziś w nocy". Nie wierzę w spirytyzm, lecz myśl o śmierci, nawet wzmianka, o niej działa na mnie przygnębiająco. Śmierć, proszę państwa, jest nieunikniona, jest to rzecz zwykła, niemniej jednak myśl o niej sprzeciwia się naturze człowieka... Teraz zaś, gdy otaczał mnie nieprzenikniony zimny mrok i przed oczyma tańczyły jak szalone, krople deszczu, a nad głową jęczał żałośnie wicher, gdy wokół siebie nie widziałem żywej duszy, nie słyszałem głosu ludzkiego - serce me przepełniał nieokreślony i niewytłumaczony lęk. Ja, człowiek wolny od przesądów, biegłem naprzód, bojąc się obejrzeć za siebie, zerknąć w bok. Zdawało mi się, że, jeśli się obejrzę, to zobaczę z pewnością widmo śmierci.
Żałobnikow westchnął gwałtowne, napił się wody i opowiadał dalej:
-Ów nieokreślony, lecz zrozumiały dla was lęk nie opuścił mnie i wówczas, gdy, wdrapawszy się na czwarte piętro domu Mierłwiecowa, otworzyłem drzwi i wszedłem do swojego pokoju. W mym skromnym mieszkanku było ciemno. W piecu popłakiwał wiatr i jakby prosząc o wpuszczenie go do ciepłego pokoju postukiwał
w drzwiczki.
"Jeśli wierzyć Spinozie, - uśmiechnąłem się - to przy dźwiękach tego płaczu dziś w nocy jeszcze umrę... Brrr... nieprzyjemnie!"
"Zapaliłem zapałkę... Wściekły wicher zerwał się w złowrogie wycie. Gdzieś w dole zastukała na wpół oderwana okiennica, a drzwiczki w piecyku zaskrzypiały żałośnie, jakby wzywając pomocy...
"Źle jest bezdomnym w taką noc - pomyślałem.
"Lecz nie czas było na oddawanie się podobnym rozmyślaniom. Gdy siarka na zapałce zapłonęła sinym płomykiem i gdy obrzuciłem wzorkiem pokój, ujrzałem nagle coś nieoczekiwanego i okropnego... Jaka szkoda, że pęd wiatru nie sięgnął mej zapałki! Wówczas nic bym może nie ujrzał i włosy nie zjeżyłyby mi się na głowie. Krzyknąłem, cofnąłem się krok wstecz i pełen przerażenia, rozpaczy i zdumienia zamknąłem oczy...
"Pośrodku pokoju stała trumna.
"Siny płomyczek nie świecił długo, lecz zdążyłem rozpoznać kształty trumny... Widziałem różową, migocącą iskierkami glazurę, widziałem złoty krzyż na wieku. Zdarzają się, proszę państwa, rzeczy, które wrzynają się nam w pamięć głęboko, mimo że widzieliśmy je zaledwie przez chwilę. Tak było z ową trumną. Widziałem ją tylko przez sekundę, lecz pamiętam wszystkie najdrobniejsze szczegóły. Była to trumna dla człowieka średniego wzrostu, sądząc z barwy różowej, dla młodej dziewczyny. Kosztowne obicie, nóżki, rączki z brązu - wszystko przemawiało za tym, że nieboszczyk był bogaty.
"Wybiegłem na oślep ze swego pokoju i, nie rozumując, nie myśląc, gnany jedynie przez niewypowiedziany strach, puściłem się pędem po schodach. W korytarzu i na schodach było ciemno, nogi plątały mi się w połach futra i zdumiewające jest, że nie spadłem i nie skręciłem karku. Znalazłszy się na ulicy, oparłem się o mokry słup latarni i zacząłem uspokajać sam siebie. Serce waliło mi straszliwie, oddychałem z trudnością...
Jedna ze słuchaczek rozjaśniła płomień lampy, przysunęła się bliżej do opowiadającego, a ten mówił dalej:
- Nie zdziwiłbym się, gdybym zastał w pokoju pożar, złodzieja, psa wściekłego... Nie zdziwiłbym się, gdyby zawalił się sufit, zarwała podłoga, przewróciły ściany... Wszystko to jest naturalne i zrozumiałe. Lecz jak mogła znaleźć się w tym pokoju
trumna? Skąd się wzięła? Kosztowna, panieńska, zrobiona widocznie dla młodej arystokratki - jak mogła się znaleźć w ubogim pokoju drobnego urzędnika? Czy jest pusta, czy tez leży w niej trup? Kim jest ona, ta przedwcześnie zgasła bogaczka,
która złożyła mi tak dziwną i straszną wizytę? Męcząca tajemnica!
"Jeśli to nie cud, to zbrodnia" - zaświtało mi w głowie.
"Gubiłem się w domysłach. Drzwi w czasie mej nieobecności były zamknięnty i miejsce, w którym znajdował się klucz, znane było jedynie najbliższym przyjaciołom. Ale przecież nie przyjaciele wstawili mnie tę trumnę. Można było również przypuścić, że przyniesiono mi ją przez omyłkę. Tragarze mogli się nie zorientować, omylić o piętro lub drzwi i wnieśli trumnę nie tam, dokąd należało. Lecz któż nie wie, że tragarze nasi nie wyjdą z pokoju, póki im się nie zapłaci za robotę, lub nie da przynajmniej na piwka?
"Duchy przepowiedziały mi śmierć,- myślałem, - Czyżby to one postarały się zaopatrzyć mnie w dodatku w trumnę?"
"Moi państwo, nie wierzę i nie wierzyłem w spirytyzm, lecz taki zbieg okoliczności może wtrącić w nastrój mistyczny nawet filozofa.
"Wszystko to głupstwo i jestem tchórzliwy jak uczniak, - zdecydowałem. - To było po prostu złudzenie optyczne i nic więcej! Gdym wracał do domu, byłem tak ponuro nastrojony, iż nic dziwnego, że moje chore nerwy zobaczyły trumnę... Oczywiście,
złudzenie optyczne! Cóż może być innego?"
"Deszcz smagał mnie po twarzy, a wiatr targał ze złością poły palta, czapkę... Zziębłem i przemokłem okropnie. Trzeba było iść, lecz...dokąd? Powrócić do domu - znaczyło narazić się na ryzyko ujrzenia jeszcze raz trumny, a widok ten był ponad
moje siły. Gdybym, nie widząc wokół siebie żywej duszy, nie słysząc głosu ludzkiego, pozostał sam na sam z trumną, w której leżało może martwe ciało - mógłbym zwariować! Pozostawać zaś na ulicy na zimnie i pod ulewnym deszczem, było niemożliwe.
"Postanowiłem udać się na nocleg do przyjaciela mego, Pokojnikowa, który, jak wam wiadomo, zastrzelił się później. Mieszkał on w pokojach umeblowanych kupca Skeletowa, na ulicy Martwej.
Żalobnikow wytarł zimny pot, który wystąpił na pobladłej twarzy, i, westchnąwszy głęboko, ciągnął dalej:
- Przyjaciela mego nie zastałem w domu. Gdy po kilkakrotnym stukaniu przekonałem się, że go nie ma, namacałem pod słomianką klucz, otworzyłem drzwi i wszedłem do pokoju. Ogarnęło mnie ciepło. Zrzuciłem na podłogę mokre futro i namacawszy w ciemnościach kanapę siadłem, by odpocząć. Było ciemno... W wentylatorze okiennym jęczał żałośnie wiatr. Świerszcz jednostajnie wyśpiewał w piecu swą monotonną pieśń. Na Kremlu zadzwoniono na pasterkę. Zapaliłem pośpiesznie zapałkę.Światło nie wybawiło mnie jednak od ponurego nastroju, lecz
przeciwnie - okropny, niewypowiedziany strach ogarnął mnie znowu... Krzyknąłem, zachwiałem się i jak nieprzytomny wybiegłem z pokoju...
"W pokoju przyjaciela zobaczyłem to samo, co widziałem u siebie - trumnę!
"Trumna przyjaciela była w dwa razy większa od mojej, a brązowe obicie nadawało jej jakiś dziwnie ponury wygląd. Skąd się tu wzięła? Nie sposób już było wątpić, że to halucynacja. Dokądkolwiek bym teraz poszedł, ujrzałbym przed sobą ową straszną siedzibę śmierci. A więc traciłem zmysły, zaczynałem chorować na coś w rodzaju "trumnomanii", a przyczyny choroby nie trzeba było długo szukać: wystarczyło przypomnieć sobie seans spirytystyczny i słowa Spinozy...
"Wariuję! - pomyślałem z przerażeniem, chwytając się za głowę. - Boże! Co teraz robić?"
"Głowa mi pękała, nogi uginały się. Deszcz lał jak z cebra, wiatr przejmował na wskroś, a ja nie miałem na sobie ani palta, ani czapki. Wrócić po nie do pokoju było ponad moje siły...Strach ściskał mnie mocno w swych zimnych objęciach. Włosy jeżyły mi się na głowie, na twarzy perlił się zimny pot, chociaż wierzyłem, że to była tylko halucynacja.
-Cóż było robić? - opowiadał dalej Załobnikow.- Traciłem zmysły i narażałem się na straszliwe przeziębienie. Przypominałem sobie na szczęście, że niedaleko od ulicy Martwej mieszka mój dobry przyjaciel, doktor Mogiłow, który dopiero niedawno ukończył studia. Był on tej nocy wraz ze mną na seansie spirytystycznym. Udałem się pośpiesznie do niego...Wówczas nie był jeszcze żonaty z bogatą mieszkanką i mieszkał na czwartym piętrze w domy radcy stanu, Kładbiszzczewa.
"U Mogiłowa nerwom moim sądzone było przetrwać nową próbę. Wdrapując się na czwarte piętro, usłyszałem okropny hałas. Na górze biegał ktoś, tupiąc głośno nogami i trzaskając drzwiami.
-"Na pomoc! - usłyszałem krzyk, rozdzierający serce - N pomoc! Stróż!
"I po chwili, jak wicher, zbiega ku mnie po schodach ciemna postać w futrze i w zgniecionym cylindrze...
-"Mogiłow! - krzyknąłem, poznając swego przyjaciela.- Czy to wy? Co wam się stało?
"Zrównawszy się ze mną, Mogiłow zatrzymał się i schwycił mnie kurczowo za rękę. Był blady, oddychał ciężko i drżał. Oczy biegały niespokojnie, pierś falowała...
-"Czy to wy jesteście, Żałobnikow? - zapytał głuchym głosem. - Czy to wy rzeczywiście? Jesteście bladzi, jak trup, który powstał z grobu... A może jesteście halucynacja?...Boże... Wyglądacie strasznie...
-"Ale, co wam się stało? Zmieniliście na twarzy!
Och drodzy, pozwólcie mi przyjść do siebie... Cieszę się, że was widzę, jeśli to rzeczywiście wy, a nie złudzenie optyczne.Przeklęty seans spirytystyczny... Tak mi rozstroił nerwy, że, wyobraźcie sobie, powróciwszy w tej chwili do domu, ujrzałem
w swoim pokoju...trumnę!
"Nie wierzyłem własnym uszom i poprosiłem go, by powtórzył.
-"Trumnę, prawdziwą trumnę! - powiedział doktór opadając ze znużenia na schody. - Nie jestem tchórzem, ale i sam diabeł przestraszyłby się, gdyby po seansie spirytystycznym natchnął się w ciemnościach na trumnę!
"Plącząc się i jąkając, opowiedziałem doktorowi o trumnach które widziałem...
"Przez chwilę patrzyliśmy jeden na drugiego wielkimi oczyma z otwartymi ze zdziwienia ustami. Później zaś, aby się przekonać, że to nie halucynacja, zaczęliśmy się nawzajem szczypać.
-"Boli nas, - powiedział doktór,-więc nie śpimy i widzimy się nawzajem nie we śnie. A wiec trumny, moja i obie wasze, - to nie złudzenie optyczne, lecz coś istniejącego. Co teraz robić?
"Gdybyśmy tak przestali bitą godzinę na zimnych schodach, gubiąc się w domysłach i przypuszczeniach, zziębnięci okrutnie, postanowiliśmy wreszcie odrzucić małoduszny strach, obudzić numerowego i iść wraz z nim do pokoju doktora. Tak też zrobiliśmy. Wszedłszy do pokoju, zapaliliśmy świecę i ujrzeliśmy
rzeczywiście trumnę, obitą białym brokatem, ze złotymi frędzlami.
Numerowy przeżegnał pobożnie.
-"Możemy się teraz przekonać, - powiedział doktór blady,drżąc na całym ciele,- czy trumna jest pusta, czy też...ktoś w niej leży?
"Po długim, zrozumiałym wahaniu, doktór pochylił się i, zaciskając zęby ze strachu i naprężenia, zerwał z trumny wieko.Zajrzeliśmy do trumny i ...
"Trumna była pusta...
"Nieboszczyka nie było, znaleźliśmy w niej za to list do Mogiłowa, treści następującej:
"Drogi przyjacielu! Wiesz, że interesy mego teścia są w rozpaczliwym stanie.Wlazł w długi po uszy. Jutro lub pojutrze przyjdzie komornik aby opisać jego majątek i to zgubi ostatecznie rodzinę jego i moją, rzuci plamę na nasz honor, który mi jest droższy nad wszystko. Na wczorajszej naradzie familijnej zdecydowaliśmy
poukrywać wszystko, co jest cenne i drogie. Ponieważ cały majątek mojego teścia zawarty jest w trumnach (ma on, jak ci wiadomo, pracownię trumien, najlepsza w całym mieście), postanowiliśmy ukryć najcenniejsze trumny. Zwracam się do ciebie,
jak do przyjaciela, pomóż mi, uratuj nasz majątek i nasz honor. W nadziei, że pomożesz nam do ukrycia majątku, posyłam ci, mój drogi, jedną trumnę, którą, proszę cię schowaj u siebie i zatrzymaj aż do chwili, w której ją odbiorę. Bez pomocy znajomych i przyjaciół zginiemy. Mam nadzieję, że mi nie odmówisz,
tym bardziej, że trumna postoi u ciebie nie więcej, niż tydzień. Wszystkim, których uważam za naszych prawdziwych przyjaciół,posłałem po jednej trumnie i pokładam nadzieję w ich wspaniałomyślności i szlachetności. Kochający Cię Jan Szczekow".
........................................................................................................................................
"Po tej historii leczyłem się przez trzy miesiące na rozstrój nerwowy, nasz przyjaciel zaś, zięć trumniarza, uratował swój honor i majątek. Teraz ma już biuro pogrzebowe i handluje pomnikami i płytami grobowymi. Interesy jego idą nieświetnie i co wieczór, wracając do domu, boję się stale, że ujrzę obok swego łóżka biały pomnik marmurowy lub katafalk.